rozmowa z...

24 maja 2015

ARTUREM ZAPAŁOWSKIM

wolę postaci fikcyjne

 

Z Arturem Zapałowskim, laureatem Nagrody ZAiKS za tłumaczenia polskich dramatów na język angielski rozmawia Joanna Biernacka.

 

Rzadko zgadzasz się na przekłady pisemne. Funkcjonujesz głównie jako świetny tłumacz ustny...

Zbyt wiele konferencji i spotkań położyłem, by mieć tak wysoką opinię o sobie. Nigdy nie wiadomo, jak pójdzie – to zależy od tylu czynników... Podziwiam na przykład duchownych, którzy tłumaczą z boskiego na ludzkie bez zająknięcia i bez szukania słów.

 

Co decyduje, że podejmujesz się tłumaczenia jakiegoś tekstu?

Kiedy zaczynałem tłumaczyć we wczesnych latach 90., nie umiałem odmawiać i brałem wszystko, co mi zlecano: opis ćwiczeń dla pisma kulturystycznego, jakieś bilanse roczne, fragmenty książek o zarządzaniu czy układaniu zwierząt domowych itp. Potrafiłem w jedną noc przełożyć 30-stronicowy projekt ustawy, ale wtedy każdy tak pracował. Potem znajomi pokończyli historię sztuki, znaleźli pracę w galeriach i zaczęli mi zlecać tłumaczenie katalogów wystaw na angielski. Pamiętam, jak zazdrościłem koledze, że robi tekst sprowadzający się do tego, że „Polska jest średniej wielkości krajem w Europie Środkowej” za tyle samo, ile mi płacono za gęste eseje krytyczne powołujące się na modnych i mętnych (przynajmniej dla mnie) filozofów francuskich czy niemieckich. Nie było Internetu, terminy były krótkie – może ja byłem źle zorganizowany – nie miałem czasu szukać po bibliotekach angielskich wersji cytatów, więc niestety rzeźbiłem na podstawie polskiego. Trochę to było żenujące i nadal mam alergię na słowo Baudrillard.

 

Domyślam się, że gdyby zaproponowano Ci przekład scenariusza teatralnego pełnego cytatów z pana B. to byś odmówił?

Przeciwnie – teraz bez skrupułów przeklejałbym cytaty z internetu. Zrobiłem zresztą tekst do spektaklu na podstawie pism innego francuskiego filozofa. Zamówiona książka nie doszła w porę (nie warto było oszczędzać na kosztach wysyłki), więc spędziłem kilka miłych dni w bibliotece, jak w najlepszych latach młodości. Nie powiedziałbym, że mam jakąś politykę; pytasz, jakby ustawiały się do mnie kolejki. Dość lubię wyzwania, lubię wymyślać grepsy, ale znam też swoje ograniczenia.

 

Mówi się o Tobie, że „przekładasz rzeczy niemożliwe do tłumaczenia”. Na przykład wiesz, jak po angielsku zachować cały dowcip gry słownej „nie wchodzę do Wisły, żeby nie dostać odry”.

Kiedy doszedłem do tego fragmentu z Między nami dobrze jest zacząłem obracać w myślach słowo „Vistula” i pojawiło mi się „fistula”. Pamiętałem, że to jakaś nieprzyjemna przypadłość zdrowotna – przetoka, jak się okazało. Skojarzenie bardziej fonetyczne niż geograficzne, ale coś udało się zachować... Właściwie można też było pójść tropem Oder – odor: jest wiele możliwości...

 

Często pracujesz na zlecenia dla teatrów – scenariusze, napisy.

Lubię tłumaczyć napisy do spektakli, bo słyszę kwestie, pojawiają się żywe osoby. Pełne sztuki trochę mniej – nie mam wyobraźni przestrzennej, więc męczę się przy didaskaliach. Za eseistyką nie przepadam – paradoksalnie obecność autora jest tu zbyt natrętna. Wolę postaci. Ostatnio jednak z dużą przyjemnością zrobiłem tekst do katalogu pewnego malarza, głównie dlatego że było bardziej o ezoteryce niż o estetyce i autor zestawił jego obrazy z muzyką kilku kapel, które bardzo cenię.

 

Który tekst był dla Ciebie dotychczas największym wyzwaniem?

Musiałbym się zastanowić. Z Miau, kotku miau się trochę namęczyłem, ale jestem zadowolony. Zrobiłem cztery sztuki Pawła Demirskiego. Nie wiem, czy dobrze, bo najlepiej byłoby chyba siedzieć na próbach i tłumaczyć w miarę powstawania tekstu, ale to nie ten tryb pracy. Podobno wydawcy Dona DeLillo zorganizowali – zakładam, że na jakiejś rajskiej wyspie – seminarium dla tłumaczy, gdzie wyjaśniano przebieg meczu baseballowego, którego opis zajmuje cały pierwszy rozdział powieści Underworld. Zazdroszczę takiego luksusu. Przydałby się kontakt z autorem, a na to zwykle brakuje czasu.

 

A jakim doświadczeniem było tłumaczenie scenariuszy spektakli Krystiana Lupy i Krzysztofa Garbaczewskiego, które są oparte na improwizacjach?

Właściwie należałoby pogadać ze wszystkimi aktorami, by dowiedzieć się, o jakim to wspomnieniu z młodości opowiadają w danej scenie i kim naprawdę był/a dla nich X. Ale to niemożliwe, więc zostaje przekładanie słów i zdań w nadziei, że się trafi w emocje. Zresztą czasem warstwa słowna nie jest najważniejsza, wystarczy podrzucać znaczenia i nie przeszkadzać.

 

Demirski, Masłowska, scenariusze Warlikowskiego – interesują Cię tylko teksty współczesnego teatru i tylko takie, które żyją na scenie. Podjąłbyś się tłumaczenia Słowackiego czy Zapolskiej?

Takie teksty dostaję, choć bawiłem się całkiem dobrze tłumacząc sztukę o Wielkiej Emigracji uszytą z cytatów z epoki. Do Słowackiego nie miałbym śmiałości, chyba że na spółkę z kimś mądrzejszym. Zapolska – czemu nie?

 

Dla Ciebie tłumaczenie zdaje się być trochę problemem technicznym, trochę intelektualną łamigłówką.

Z kolegą Anglikiem zrobiliśmy napisy do Misia na przegląd polskich filmów w Irlandii Północnej – śmiem twierdzić, że bardzo dobrze. Mówią, że to nieprzekładalne, a było całkiem proste. Wątpię jednak, by jakiś mieszkaniec Belfastu chodził i mówił „Panowie pozwolą, moja żona, Zofia.” Czas misjonarzy przeszczepiających kult na obcy grunt chyba minął. Chociaż może jest wyjątek: ogromnie szanuję ludzi, którzy dla sportu robią napisy do filmów w internecie. Zdarzają się im koszmarne wpadki, ale czasem wykazują się nieosiągalną dla mnie błyskotliwością, ogólnie są bohaterami – jak mówi Mała Metalowa Dziewczynka u Masłowskiej – „Ściągam subtitlesy i wszystko rozumiem”.