rozmowa z...

15 stycznia 2018 r.

MARTĄ GUŚNIOWSKĄ

"Umiem tylko pisać"

z Martą Guśniowską rozmawia Joanna Biernacka-Płoska

 

Wchodząc w bazę realizacji na portalu e-teatru, po wpisaniu Twojego nazwiska wyskakuje prawie 50 tytułów, z których większość została zainscenizowana więcej niż raz. W zeszłym roku odbyły się premiery Twoich sztuk w 5 teatrach w Polsce, jeśli policzyłam wszystkie. Twój dorobek jest imponujący i przyrasta w tempie błyskawicznym (czym pewnie wpędzasz we frustrację kolegów i koleżanki po fachu). Gdzie się tak spieszysz? Co powoduje, że musisz/chcesz/potrzebujesz pisać dużo i szybko?

 

Zazwyczaj śmieję się, że pisanie to jedyne, co potrafię. Nie umiem gotować, nie umiem liczyć, nie umiem robić na szydełku – umiem tylko pisać, więc nic mnie nie rozprasza. Poza tym pisanie to największa przyjemność, jaką można sobie wyobrazić! To jak mieć klucz do innego, niezwykłego świata, gdzie można się zatracić i zatopić w zupełnie inną, fascynującą, a-logiczną rzeczywistość. A jak się już ma taki klucz, to głupio z niego nie korzystać. Więc korzystam. Jestem największą szczęściarą na świecie, bo robiąc to, co kocham, czuję się jakbym nie pracowała. Choć z drugiej strony, jeśli zapytać mnie, kiedy ostatnio miałam takie prawdziwe wakacje, bez komputera, bez pisania – to nie pamiętam. Rodzina czasem próbowała schować mi komputer, ale nic z tego – jestem od pisania uzależniona i jak nie piszę to robię się nerwowa. Na pytanie „gdzie się tak spieszę” odpowiedziałabym, że z jednej strony nigdzie się nie spieszę, bo pisanie przenosi mnie w zupełnie inną czasoprzestrzeń i tam pozwala się rozpłynąć – z drugiej jednak strony mam tak wiele pomysłów, tyle projektów w głowie, pozaczynanych tekstów, że rzeczywiście powinnam się spieszyć, bo na zrealizowanie tego wszystkiego nie starczyłoby nawet bardzo długiego życia (a premier było trochę więcej – to był naprawdę dobry rok).

 

Lista Twoich tekstów obecna na polskich scenach sprawia wrażenie, że pisanie nic Cię nie kosztuje – siadasz i piszesz niemalże na zawołanie. Zdarza Ci się niemoc twórcza? Wpatrywanie się godzinami w pulsujący kursor na jasnym ekranie?

 

Niemoc twórcza raczej mi nie doskwiera. Cierpię raczej na nadmiar pomysłów i czasem nie wiem, który wybrać, a z którego zrezygnować. W pulsujący kursor nigdy się nie wgapiałam – ale spróbuję, może wyniknie z tego coś ciekawego. Co do siadania i pisania to rzeczywiście tak jest – siadam i piszę. Czasami coś wymyślam, czasami spisuję coś, co dzieje się właśnie w mojej głowie – pisarz nie może być normalny, więc nie ma się czym martwić. Uwielbiam niezwykłe historie i opowieści – koniecznie z puentą! Nic mnie tak nie złości, jak opowieści bez puenty - a że je lubię, to je opowiadam: najpierw sobie, a potem widzom czy czytelnikom. I mam z tego wielką przyjemność.

 

Bardzo często podejmujesz się pisania na zamówienie – konkretnych instytucji czy osób, czy wtedy pisze się inaczej niż kiedy impuls do opowiedzenia nowej historii, albo do opowiedzenia starej historii w nowy sposób, rodzi się w Tobie?

 

Zupełnie inaczej! Co więcej – zdecydowanie gorzej. Najprawdziwsze, najszczersze historie to te, które urodziły się w twojej głowie i męczą cię, żeby je wypuścić. Z pisania na zamówienie owszem, może wyjść coś cennego i ciekawego, ale sam proces pisania to trochę jak odrabianie pracy domowej. Coś trzeba zrobić, więc się to robi, wkładając w to, nawet całe serce – ale to jednak zawsze zamówienie. Na szczęście zdarzają się również zamówienia typu „chcemy nową sztukę, sama zdecyduj o czym” (zwykle z zaprzyjaźnionego Teatru Lalek w Opolu). I wtedy mogę popłynąć.

 

Lubisz ten moment, kiedy tekst rodzi na nowo na scenie, przybiera ciała konkretnych aktorów czy lalek i wizję konkretnej scenografii? Uczestniczysz w próbach? Zmieniasz tekst w trakcie?

 

Lubię i zarazem nie lubię. Z jednej strony zżera mnie ciekawość, jak reżyser sobie to wszystko wymyślił (w końcu tekst wypuszczony w świat przestaje być już tylko mój, mogę go obserwować, trzymać kciuki, martwić się, jako o dziecko idące do szkoły, czy na studia, ale kontroli już nad nim nie mam – i chyba nawet nie chciałabym mieć) Z drugiej strony czasem wkurza mnie, gdy ktoś źle odczyta tekst, albo zupełnie go nie zrozumienie, nie mówić już o źle wypowiedzianych kwestiach. Każdy tekst można wypowiedzieć na wiele sposobów, ale nie wszystkie są dobre – można zabić najzabawniejszą puentę, zniszczyć najlepszy dialog – i to faktycznie autora boli. W próbach wolę nie uczestniczyć, bo bym się zanadto wtrącała. A jak przyjeżdżam na premierę, to się najwyżej wkurzę i tyle – ale nieszczęśni twórcy nie muszą mnie znosić i dodatkowo denerwować się przed premierą.

 

Dlaczego zaczęłaś reżyserować własne teksty i czy to doświadczenie, zmieniło Twój sposób pisania? Co daje Tobie, jako autorce dramatów, bliskość i znajomość sceny (od kilku lat jesteś także etatowym dramaturgiem Białostockiego Teatru Lalek)?

 

Zaczęło się od tego, że chciałam wreszcie zobaczyć swój tekst w lalkach – w prawdziwych lalkach, nie tylko w Teatrze Lalek – marzyłam o przedstawieniu stricte lalkowym, a takich, wbrew pozorom, nie ma zbyt wiele. Marek Waszkiel, zaproponował mi realizację mojego tekstu w objętym właśnie przez niego Teatrze Animacji (moim rodzimym teatrze), a ja zgodziłam się i tak powstała Gęś. Zrobiłam dokładnie taki spektakl, jaki chciałam jako Widz zobaczyć. Dostałam cudownych aktorów, z którymi byłam bardzo zaprzyjaźniona, po czym wymęczyłam ich czepianiem się tekstu, intencji, tempa i jeszcze na dodatek animacji. Ale nie znienawidzili mnie – lubię myśleć, że jeśli nasza przyjaźń to przetrwała, to przetrwa wszystko.

 

Bardzo często w swoich tekstach poruszasz „niewygodne tematy”: pryszcze, samotność, depresja, różne braki i kompleksy, śmierć… Zjawiska, które dotykają nas wszystkich, ale o których nie lubimy, a bardzo często także nie umiemy mówić, zwłaszcza z najmłodszymi. Czy jest coś, o czym byś nie napisała? Zamówienie, które byś odrzuciła?

 

Uważam, że teatr jest miejscem do poruszania niewygodnych, niełatwych tematów. Czasami może to komuś pomóc – miałam wiele doniesień, jak to Pod-Grzybek pomógł komuś uporać się z traumą po stracie najbliższych, jak Gęś pomogła uwierzyć w sens życia - i to jest super. Poza tym niech nam się nie wydaje się, że jeśli nie będziemy z dziećmi rozmawiać o śmierci, to ona zniknie – nieprawda i lepiej o tym porozmawiać, przepracować to, bo nawet małe dzieci spotykają się ze stratą kogoś najbliższego. Cała rzecz w tym, żeby ubrać to wszystko w odpowiednią, niepozbawioną humoru historię.

Czy jest coś, o czym bym nie napisała? Nie wiem. Musiałoby być w sprzeczności ze mną, z moją filozofią, z moim gustem, poczuciem wartości. Jest jedna adaptacja, której nie chciałabym robić – ale z innych powodów – to adaptacja Alicji w Krainie Czarów. To najgenialniejsza książka, jaką znam – jestem w niej zakochana od dziecka, wracam do niej wciąż i wciąż i wciąż odnajduję w niej coś nowego. Znam ją na pamięć – mam różne wydania, z różnych lat i w różnych językach – a jednak nie zrobiłabym adaptacji, bo uważam, że żadna realizacja Alicji nie odda Jej ducha, nie wygra z wyobraźnią, jaką dysponuje czytelnik, nie da się przenieść tak absurdalnego świata na deski teatru, gdzie, chcąc nie chcąc, obowiązują prawa fizyki czy logiki.

 

Twoje teksty są mocno osadzone w języku, niesamowicie wyczulone na słowo, dowcip i humor też częściej rodzi się ze słowa niż z sytuacji. Krytycy porównują Twój sposób pisania i poczucie humoru do Jeremiego Przybory i Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego – który z nich jest Ci bliższy?

 

Kocham obydwu. Ale Gałczyński jest moim najukochańszym poetą – nie ma nikogo innego, kto byłby mi tak bliski. Uwielbiam jego wrażliwość i poczucie humoru – genialny.

 

Jesteś obecna w lalkowym teatrze na Słowacji, w Czechach i na Węgrzech. Dlaczego nikt Cię jeszcze nie przetłumaczył na angielski? Czy to kwestia „nieprzetłumaczalności” kulturowej czy może zwyczajnie braku agenta? Choć może dobrze, bo Halina Waszkiel wieszczy, że kiedyś porwie Cię Hollywood, albo raczej Pixar z Disneyem i zamiast tekstów dla polskiego teatru będziesz tworzyć kasowe scenariusze filmów animowanych.

Może to brak agenta? Zatem jeżeli jakiś agenta czyta ten wywiad i chciałby się tym zająć, to proszę bardzo. Póki co Gęś została pięknie przetłumaczona na niemiecki, przez Annę Szostak-Weingartner, i zaopiekowała się nią (Gęsią) berlińska oficyna i agnecja Henschel Schauspiel. Co do porwania mnie do Hollywood to nie martwiłabym się tak bardzo – jakby co, to wrócę.

A skoro już przy filmie jesteśmy - nie kusiła Cię nigdy animacja?

 

Kusiła! I to bardzo kusiła – to moja druga, obok Teatru Lalek, miłość – równie fascynująca i z równie wielką paletą możliwości. Stąd moja radość z nagrody w konkursie PISF i ZAiKS-u na treatment filmu animowanego – to moja pierwsza, mała przygoda ze światem filmu animowanego – i mam nadzieję, że nie ostatnia.